Zdarzają się takie sytuacje, kiedy budzimy się rano i przypominamy sobie, że mieliśmy kupić poprzedniego dnia węgiel do grilla na wielką imprezę- zupełnie wyleciało z głowy! A może skończyła nam się po prostu paczka papierosów albo papier toaletowy czy nawet mydło. Pędzimy więc do sklepu, zupełnie nieświadomi tego, że za chwilę powita nas kartka „Dzisiejszego dnia sklep nieczynny z powodu Święta” i podobną kartkę zastaniemy w każdym sklepie. Przeklinamy pod nosem, ale po chwili zdajemy sobie sprawę, że sprzedawcy to ludzie tacy, jak my i też mają prawo do odpoczynku w dzień wolny od pracy. Co niestety nie zmienia naszej sytuacji- nadal zostajemy sami ze sobą z problemem zakupu produktu, który musimy nabyć koniecznie, choćby miał zawalić się cały świat. Co zrobić w takiej sytuacji? Przede wszystkim nie wpadać w panikę i uwierzyć w to, że z pewnością nie wszystkie sklepy postanowiły zrobić nam na złość. Dobrze byłoby w takiej sytuacji posiadać własny samochód, bo poszukiwania takiego sklepu może nam zająć trochę czasu. Rzecz ma się inaczej, kiedy wpadniemy na cudowną myśl : stacja benzynowa. Stacje benzynowe na ogół są niezawodne o każdej porze, każdego dnia w roku i powinniśmy być wdzięczni jej pracownikom za uratowanie nam życia i wyciągnięcie pomocnej dłoni – i nie jest ważne, czy przez uratowanie życia rozumiemy paczkę chipsów czy pieluchy dla dziecka. Stacja benzynowa to takie małe pogotowie, dysponujące dosłownie wszystkim i przewidującym każdą nagłą potrzebę- począwszy od gum do życia, skończywszy na farbach do włosów (bo może na przykład zapomnieliśmy o ważnym spotkaniu mającym odbyć się nazajutrz, a nasze włosy w połowie składają się z siwych odrostów?). Dlatego w sytuacjach nagłych nie wyrywajmy sobie włosów z głowy, kiedy „całujemy klamkę” sklepu. Nie zapominajmy jednak, że o takich produktach jak na przykład chleb warto pomyśleć wcześniej- stacja sprzedaje raczej artykuły, które nie zepsują się w ciągu jednego dnia.
Dlaczego słowo „wyprzedaż” tak bardzo magnetyzuje? Dlatego, że czekamy na ujrzenie go nawet przez parę miesięcy, modląc się w myślach o to, by udało nam się kupić wymarzoną rzecz taniej niż za cenę początkową. Najzwyczajniej wielu z nas nie może pozwolić sobie na kupienie sandałów które kosztują 500 złotych. Dlatego wyczekujemy momentu, kiedy sezon jesienny będzie tuż tuż, a my będziemy mogli kupić obuwie za połowę tej ceny, a nawet jeszcze mniej. Nawet jeśli za parę dni miałby spaść deszcz, a drzewa z liść zaczęłyby spadać, uparcie założymy naszą nową zdobycz ciesząc się z faktu, że nie przepłaciliśmy. Łudzimy się ponadto, że może już nie w tym roku, ale następnego lata chętnie założymy kupione sandały. Ale wtedy pojawią się już inne, nowe- i znów wyczekiwać będziemy wyprzedaży.. W takich sytuacjach czekanie na wyprzedaż jest całkowicie pozbawione sensu, ale naturalnie warto czasem zajrzeć do sklepu opatrzonym tym magicznym słowem- rzeczy letnie jak na przykład t-shirty zakładamy przez cały rok, a różnica cenowa przed i po wyprzedaży czasem bywa kolosalna. Kusi, prawda? To niebezpieczna broń. Zwłaszcza jeśli podoba nam się wiele rzeczy po obniżce cen- wydajemy wówczas na nie dużo więcej niż zamierzaliśmy. Ale tak trudno jest oprzeć się tej pokusie. Zdarza się, że sklepy przyjmują taktykę „ostatecznej wyprzedaży”, a na sklepowych witrynach czytamy : „Likwidacja sklepu! Wyprzedajemy wszystko!”, co rzecz jasna nie jest zgodne z prawdą, bo co parę miesięcy spotykamy się z tym zwrotem na tym samym sklepie. Nie można jednak nie zgodzić się z tym, że warto czasem poczekać trochę czasu, by kupić coś ładnego jednocześnie nie wydając na to ostatnich oszczędności. Przyjrzyjmy się jednak przedtem produktowi- jego niższa cena może być spowodowana jego defektem, uszkodzeniem a nie końcem sezonu. Mimo że na metce powinna być widoczna informacja o uszkodzeniach, nie jest to regułą. Zwróćmy na to uwagę- na ogół rzeczy z wyprzedaży nie podlegają zwrotom ani wymianom.
Niby jest to pytanie, na które odpowiedź jest oczywista. Ale jest tu mały haczyk. Przecież piękno jest rzeczą tak bardzo względną i sporną! Odpowiedź leży więc gdzieś pomiędzy. Mając na myśli zarówno modę jak i choćby nawet meble, trudno oprzeć się wrażeniu, że dziś rządzi kicz. Widać to zwłaszcza w modzie młodzieżowej- kiedyś nie do pomyślenia byłoby ubieranie się w ten sposób, który bywa czasem naprawdę dziwny i niezrozumiały. Kiczowaty po prostu. Jest on czymś specyficznym- cechuje go bardziej fantazyjność niż piękno. I charakteryzuje się tym, że trudno właściwie ocenić, czy więcej w nim piękna czy brzydoty. Pomijając jednak całą tę kiczowatą otoczkę, na pewno każdy z nas uważa, że woli otaczać się ładnymi rzeczami, jak i ładnie wyglądać, ale nie każdemu musi to wychodzić. Dlatego najlepiej sprzedają się rzeczy, których nie można zaszufladkować poprzez określanie ich piękna. Przykładem sklepu oferującego takie przedmioty jest jeden z największych sklepów z meblami, dekoracjami i dodatkami do wyposażenia mieszkań. Są tam sprzedawane bez wątpienia rzeczy z klasą, ale nie szokują zazwyczaj czymś niesamowitym. I w tym tkwi cały sekret- w prostocie, klasyczności i równowadze. Produkt musi trafiać do wszystkich. Rzecz jasna można przyjąć też inną taktykę, będąc inną skrajnością – zaskakiwać. Tak jak sklepy odzieżowe, skierowane do określonej subkultury np. skateshopy czy sklepy z bardzo wymyślnymi prezentami. Trudno określić, czy te rzeczy są ładne, ale z pewnością szokują, a dziś i na takie rzeczy jest ogromne zapotrzebowanie. Lubimy się wyróżniać, a nawet rzucać w oczy. Więc tak : albo trafiać płynnie i stopniowo do wszystkich ludzi albo z wielkim uderzeniem powalać swoją mocą wybranych. Ładne rzeczy to temat rzeka. Dla jednych są stare samochody, a dla jeszcze innej grupy osób cenne i drogie dzieła sztuki. O gustach się nie dyskutuje, więc poprzestańmy na samym założeniu, że sprzedaje się to, na co aktualnie jest zapotrzebowanie i to, co najbardziej trafia w nasze poczucie estetyki.
Kolejki do kasy… całe rodziny na zakupach… rozdrażnienie, hałas, niemożność skoncentrowania się. Tak w skrócie opisać można zakupy, z którymi najczęściej mamy do czynienia. Dlaczego tak się dzieje? Jako ludzie pracujący, mamy niewiele czasu na tę „przyjemność”, jaką są zakupy, więc wybieramy się na nie zazwyczaj pod koniec tygodnia, bądź w czasie weekendu. Otóż to- teraz wszystko mamy jak na dłoni. Wybieramy najgorszy okres na tę czynność, bo jak łatwo się domyślić, inni ludzie podchodzą do sprawy podobnie jak my sami. Jak się okazuje, najlepszym dniem jest.. środa. Wówczas mało ludzi decyduje się na zakupy, ponieważ w środku tygodnia mają inne, ważniejsze spraw na głowie od tego rytuału. Możemy być sprytniejsi i dzięki planowaniu zakupów na ten właśnie dzień, uniknąć stresu, uczucia przytłoczenia. Wtedy zakupy przebiegać będą sprawniej, szybciej niż przeciskając się między regałami i innymi wózkami na zakupy. Kolejna kwestia- jeśli chodzi o kupno odzieży, na pewno łatwiej będzie o dostanie się do przymierzalni, nie tracąc kolejnej godziny na oczekiwanie na swoja kolej oraz zdenerwowanie, że ktoś za nami również spieszy się i oczekuje twojego wyjścia. Kolejnym minusem weekendowego szaleństwa jest to, że w tłumie przemieszczających się ludzi trudno jest odnaleźć osobę z personelu, która mogłaby służyć nam pomocą (to tyczy się na przykład zakupu sprzętu AGD, RTV). Ponadto, co do środy- wtedy też można zdecydować się na zabranie ze sobą dziecka- wtedy! Nie w weekend, kiedy krąży za nami obawa o zagubienie się naszej pociechy. W środku tygodnia mamy lepszą okazję na to, by zadbać także o potrzeby dziecka, spokojnie koncentrując się na rzeczach, które mu odpowiadają, a nie kupowaniu ich bez przymierzania i późniejszego żałowania- że jednak za małe, że nie pasuje, a i dziecku także nie odpowiada. Teoria o zakupowym tournée nie jest wyssana z palca, ale poparta badaniami. Zaufajmy więc temu stwierdzeniu i zyskajmy odrobinę spokoju i czasu.
Jak wiadomo, każdy z nas częściej czy rzadziej wybiera się na zakupy, nie zastanawiając się zbytnio nad istotą używanych dziś reklamówek. Mało kto chodzi dziś do sklepu z wiklinowym koszykiem, co kiedyś było bardzo popularne. Może nam się to kojarzyć ze starszymi pokoleniami. Obecnie rzadko spotykamy również ludzi trzymających w dłoniach „siatki”.Czym jest siatka i czym różni się od dzisiejszych reklamówek? Tym, że nie jest wykonana z polietylenu, ale z cienkich, zaplecionych włókien. Jest to wynalazek z ZSRR, który swoje pięć minut miał głównie w latach 50. Wówczas siatka taka nazywana była „anużką”. Nazwa ta pochodzi od zdania „a nuż uda się coś dostać w sklepie”. Mimo że dziś anużka odchodzi na dalszy plan, ustępując tym samym miejsca współczesnym reklamówką, nadal nieliczni wciąż uznają jej wyższość. Jest z pewnością dużo bardziej wytrzymała od „jednorazówek”, nie rwie się i przede wszystkim może służyć latami, jeśli wykonana jest profesjonalnie. Poza tym jej zaletą jest to, że jeśli posiadamy wystarczające zdolności manualne, sami możemy ją wykonać, zamiast płacić kolejne pieniądze za nową reklamówkę, która nie wytrzyma zbyt wiele kilogramów zakupów. Ciekawym jest także fakt wprowadzenia opłat za „jednorazówki”, które jeszcze do niedawna dostać można było za darmo przy kasie. Zwykle jest to jedynie 10 lub 20 groszy, jednak bez wątpienia większość z nas nie jest zadowolona z tego pomysłu wprowadzonego przez Ministerstwo Ochrony Środowiska. Oczywiście ta idea ma swoje plusy- dopłata za reklamówki jest tak zwaną „recyklingową”. Wielu twierdzi jednak, że ochrona środowiska jest tylko przykrywką, a nałożona opłata ma służyć odzwyczajaniu klientów od darmowych reklamówek. Alternatywą dla normalnych reklamówek stały się też torby ekologiczne, ale niewielu przeszło na ekologiczną stronę zakupów. Najbardziej konsekwentni są ludzie starsi- mimo wprowadzenia coraz to nowszych „wynalazków” mających sprzyjać wygodzie, wciąż wierni są niezawodnym siatkom.